Los Angeles chce siłą zamknąć prawie 500 sklepów z
"leczniczą" marihuaną. Ich właściciele się buntują i pozywają miasto do sądów.
Marihuana jest oficjalnie w USA nielegalna, ale 14 stanów ogłosiło, że zezwala
na jej używanie leczniczo - w celu uśmierzenia bólu przy raku, ale także np. w
depresji. Pierwszym z nich była w 1996 r. Kalifornia. Od tego czasu powstały tam
tysiące sklepów z marihuaną. Różne jej rodzaje stoją w słoikach z etykietami o
wymyślnych nazwach: Dar Boga, Platynowa czy Bezimienna.
Wiele miast w Kalifornii w ostatnich latach zakazało u siebie sklepów z
marihuaną, większość, np. San Francisco, odgórnie ograniczyła ich liczbę. Jednak
dotąd nie stało się tak w Los Angeles, gdzie kilka lat temu było tysiąc takich
sklepów, dziś ich liczbę szacuje się na 650-700. Los Angeles zaczęto nazywać
Stolicą Zielska Dzikiego Zachodu.
Los Angeles chce siłą zamknąć prawie 500 sklepów z "leczniczą" marihuaną. Ich
właściciele się buntują i pozywają miasto do sądów.
Marihuana jest oficjalnie w USA nielegalna, ale 14 stanów ogłosiło, że zezwala
na jej używanie leczniczo - w celu uśmierzenia bólu przy raku, ale także np. w
depresji. Pierwszym z nich była w 1996 r. Kalifornia. Od tego czasu powstały tam
tysiące sklepów z marihuaną. Różne jej rodzaje stoją w słoikach z etykietami o
wymyślnych nazwach: Dar Boga, Platynowa czy Bezimienna.
Wiele miast w Kalifornii w ostatnich latach zakazało u siebie sklepów z
marihuaną, większość, np. San Francisco, odgórnie ograniczyła ich liczbę. Jednak
dotąd nie stało się tak w Los Angeles, gdzie kilka lat temu było tysiąc takich
sklepów, dziś ich liczbę szacuje się na 650-700. Los Angeles zaczęto nazywać
Stolicą Zielska Dzikiego Zachodu.
Pod koniec kwietnia rada miejska przegłosowała jednak ograniczenie liczby
sklepów do 186. Jego zwolennicy mówili, że wokół sklepów tworzą się "strefy
niebezpieczne", przyciągające też handlarzy narkotykami twardymi, i że sklepy z
marihuaną często powstają w pobliżu szkół średnich, co wpływa na wychowywanie
nastolatków na uzaleznionych itd.
Nowy przepis wszedł w życie 1 maja. Sklepy będą musiały być oddalone od szkół
czy parków o co najmniej 300 m, ich właściciele będą musieli poddać się
sprawdzeniu przez policję, a próbki wszystkich odmian marihuany będą musiały być
oddawane do niezależnego laboratorium, za co sklepy zapłacą 1000 dol rocznie.
Pozostałe
prawie 500 sklepów ma czas do 7 czerwca, by zamknąć drzwi na zawsze. Ich
właściciele ostro protestują. Amy Weiss i jej mama Kathy, która zresztą poznała
marihuanę rzeczywiście jako środek uśmierzający ból podczas raka piersi,
otworzyły rok temu swój sklep, inwestując w remont i wyposażenie 80 tys. dol.
Teraz wraz ze 130 innymi właścicielami będą skarżyć miasto. Uważają, że ich
sklepy wcale nie zwiększają przestępczości ani nie popychają dzieciaków do
mocnych narkotyków.
W dodatku Los Angeles, pogrążone jak cała Kalifornia w kryzysie budżetu
publicznego, wyda na procesy miliony dolarów. Dotąd sklepy dawały miastu w
podatkach od 60 do 100 mln dol. rocznie. - Władze najpierw wycisnęły pastę z
tubki, a teraz chcą ją z powrotem tam włożyć. Tak się nie da! - mówi o
ograniczeniach Eric Matuschek, który też sądzi miasto. W listopadzie
Kalifornijczycy w referendum zdecydują, czy marihuana ma być całkowicie legalna,
bez obowiązku "leczniczego".
Z kolei w Billings, największym mieście stanu Montana, trzy dni temu próbowano
podpalić sklep z marihuaną koktajlem Mołotowa. Montana, podobnie jak kilka
innych stanów, przeżywa bum na marihuanę "leczniczą" od czasu, gdy rok temu rząd
Baracka Obamy ogłosił, że FBI nie będzie już jej ścigać. W efekcie tej decyzji
liczba oficjalnie zarejestrowanych użytkowników marihuany w celach leczniczych w
Montanie zwiększyła się w ciągu roku z 800 do 15 tys. W 100-tys. Billings
powstało 80 sklepów. W poniedziałek rada miejska przegłosowała, że więcej
powstawać ich już nie może.
Za rządów Billa Clintona i George'a Busha jr. federalne organy ścigania robiły
rajdy na sklepy i wytwórnie marihuany nawet w stanach, gdzie jej lecznicza forma
była legalna. Wedle niektórych szacunków 15 proc. dorosłych Amerykanów często
pali marihuanę.
Źródło: Gazeta Wyborcza